morze północne

morze północne
wiersze i inne teksty zebrane oraz obrazy autorstwa anny lachowskiej

Niezwykłe nietypowe perypetie inspector Hayet Djellouli

 


Niezwykłe nietypowe perypetie inspector Hayet Djellouli

Część 1.


Około dwudziestej drugiej trzydzieści sześć, tak. Była dokładnie dwudziesta druga trzydzieści sześć, kiedy podinspektor Hayet Djellouli usłyszała jak jej matka, Dorota, woła ją, że telefon do niej. Podeszła do aparatu i przyłożyła do policzka słuchawkę.

Nie zdążyła nawet jeszcze rozpakować walizek, z którymi przyjechała na planowany całomiesięczny pobyt wakacyjny w domu rodziców. Jej dwaj synowie bardzo cieszyli się, że pobędą z dziadkami. Już znów, jak co roku, zdążyli zapomnieć dużo z języka polskiego.


- Po paru dniach rozkręcą się – pomyślała Hayet drugim uchem podchwytując, jak jej tato dyszy i sapie, machając rękami przed telewizorem. Próbuje trochę na migi, trochę popadając niechcący w akrobacje wytłumaczyć wnuczkom, o czym mówią w wiadomościach oraz, że chciałby pokazać im zamek w Malborku.


-Kto do stu gwintów może dzwonić tu do mnie i to o tej porze – zastanawiała się ale podświadomie wiedziałą, że musi to mieć związek z przypadkowym spotkaniem minionego popołudnia. Ponieważ, jak nigdy, akurat tego lata rodzice Hayet zaplanowali sobie romantyczną podróż rejsem po Karaibach. Odkąd dzień wcześniej Hayet przekroczyła próg domu, słyszy tylko głos mamy, której jakby odjęło dwadzieścia lat conajmniej. Ona nonstop trąbi o tym, że co ona tam na siebie założy. Rzucała ubraniami z szafy na łóżko i na podłogę. Nawet sugerowała, że pomoże się Hayet rozpakować. Zapewne liczyła na znalezienie tam świętego graala mody.


- No bo skoro moja córka mieszka w Afryce – głośno myślała mama Hayet - to chyba musisz mieć ubrania na kubańskie spacery. Gdyby nie zmęczenie, na pewno zaśmiałaby się głośno na te słowa. Tymczasem, pomimo wycieńczenia absolutnego, po dwudniowej podróży autem z dziećmi z Algierii, mama wymusiła dziś rano na Hayet, aby udały się do centrum handlowego na zakupy. Parę godzin ciągała Hayet po sklepach i kazała sobie doradzać, co warto mieć w gorących klimatach afrykańskich czy karaibskich i jakie kreacje nadają się na tropiki.


Hayet nie mogła się nadziwić matczynej metamorfozie i ledwo rozpoznawała w tej roześmianej kokoszce kobietę - poważną, dość surową , która nigdy do wylewnych nie należała. Koło piętnastej zahaczyły o restauracyjkę U RENI


-Pamiętasz siostrę babci Aliny? 

-Tę która zmarła w zeszłym roku na nerki? - Hayet jak przez mgłę wspomniałą chropowaty głos i przesuszoną ciemnawą skórę staruszki, która miała na twarzy wymazaną zawsze gorycz, nawet jak się uśmiechała to było trochę jakby ktoś ją połaskotał podczas jedzenia cytryny. Do tego jej dom dziwnie pachniał a podłoga była lepka i jakby zawsze ciut tłustawo-matowa. - Nigdy nie mogłam się nadziwić, jak bardzo różniły się z babcią. 


-Parę miesięcy temu zmarł jej syn i zaraz następny i córka też. Ostała się tylko moja najmłodsza siostra cioteczna Ragnia. Dzwoniła do mnie parę tygodni temu, że znalazła fotografię ślubną babci i dziadka. Zaprosiła mnie, abym przekazała je babci. 

Babcia Alusia ma 100 lat. Do dziś wypomina, że jej siostra rodzona chciała nas oddać do domu dziecka, bo babcia ledwo ciągnęła koniec z końcem, po tym, jak pogoniła dziadka, bo pił. Poszła do pracy w fabryce i zataiła ilość dzieci i to że była sama z dziećmi. 


-Baaa nie szczególnie. Wyobraź sobie, że gdy do nich pojechałam po zdjęcie, jej mąż zaczął mi truć, że się wykosztował dając fotografię do oprawienia i że nie odda. 

-Żartujesz?! Niezły numer… Trzeba było im powiedzieć, żeby chociaż łaskawie wypożyczyli. - Hayet z oburzenia aż zakrztusiła się prawie kawałkiem kopytka. Gdy już odkładały sztućce na pustych talerzach, przy ich stoliku mężczyzna w mundurze stanął na baczność. Podniosły głowę a to dawny kolega Hayet ze szkoły policyjnej, Władko.


- Komendant Brawczyk. Całuję rączki! – przedstawił się, nie oczekująć, że któraś z pań rozpozna w nim rudego chuderlaka o wiecznieróżowych policzkach. Po tym zgiął się wpół tak, że Hayet chwilę zastanowiła się czy przypadkiem nie miał w szkole przezwiska Człowiek-Guma. Chwycił dłoń Hayet, że nie miała czasu ani na refleksję ani na unik. Bah! Wąskie i drobne usta przysłonięte krótką, miedzianą szczeciną spoczęły na hayetowej dłoni. Sprawiło to, że wzdrygła się straszliwie, acz niepostrzeżenie. Wzrok miał wbity w ziemię więc też nie zauważyłby jej zakłopotania.

Pani Dorota wytarła lekko o sweterek ucałowany fragment skóry i tylko zachichotała pod nosem. – Całe szczęście, że jej mąż tego nie widzi – pomyślała – rzuciłby się jak ze wścieklizną na boguduchawinnego chłopa. Swoją drogą, dobrze Hayet robi to algierskie słońce i cera jej się poprawiła i zielone oczy przybrały na głębi. – rozmarzyła się pani Dorota nad urodą jedynej córki.


Komendant, gdy w końcu podniósł twarz znad nieswojej dłoni, we wzroku miał jakiś taki błysk zamglony niewerbalizowalny, że Hayet stwierdziła, że szkoda, że jej mąż nie mógł tym razem z nimi przyjechać. Nie miała właściwie ochoty na wspominanie szkolnych lat, ale cieszyło ją, że akurat on został komendantem, bo był człowiek rzetelny i dobry materiał na policjanta.

- Mama mówiła, że awansowałeś. – powiedziała Hayet zbierając rachunek ze stolika, żeby zapłacić i iść. - Gratuluję.


Pani Dorota klasnęła w dłonie, jakby ją prąd kopnął – Władeczku! I jak cudnie, żeś się zaręczył i ślub będzie zaraz też! Pani Tawczyńska nam parę dni temu powiedziała, gdy ją spotkałam w obuwniczym.

Komendant się lekko zarumienił i skiwnął głową. – Dziękuję. Tak, to już za tydzień. – Wyprostował się i poprawił mankiety. Telefon, co leżał na jego stoliku zaburczał potwornie. Przybliżył ekran do twarzy i odłożył do kieszeni. Zwracając się bezpośrednio do Hayet powiedział – Pamiętam, jak ktoś mi jakiś czas temu donosił, że pracujesz w zawodzie, tylko zagranicą.

- Tak. Mieszkam w Bordż Bou Arreridż i tam pracuję... – dała panu Browczykowi parę chwil ulgi, żeby przeanalizował ewentualne prawdopodobieństwa pisowni takowej lokalizacji, po czym kontynuowała – Przyjechałam z misją – Władek podniósł brwi – synowie mają podszkolić się w języku polskim pod okiem dziadka.

Władko zarechotał jak urwis i od razu spoważniał bardzo i na baczność stanął sam dla siebie.

- No, już myślałem, że jakiś nasz krajan u was nabroił i przybyłaś ścigać zbiega – zaśmiał się komendant podekscytowany takim scenariuszem.

- Za dużo czytasz kiepskich kryminałów – odparła Hayet i dodała, nie wiedząc właściwie w jakim celu – ale gdy pracuję to jako podinspektor śledczy, z resztą dopiero od paru miesięcy. Władek na to klasnął w dłonie.

- Łoł! To cudnie. Byłaś świetna na studiach i mają tam szczęście, że... – słowo ugrzęzło mu w gardle, które jakby niewidzialna moc ścisnęła całkiem nagle - O, Kasia! – Komendant Brawczyk patrzył na zbliżającą się pewnym krokiem w ich stronę kobietę i wyraźnie skrępowany, starał się bardzo, trochę za bardzo, żeby nie dać po sobie poznać, szczególnie kiedy kobieta zjawiwszy się poczęła oplatać komendanta w talii i nastawiła policzki do całowania. Komendant spełnił wymaganie, schylając się do kobiety, która była o głowę niższa od niego. Zamierzał ją przedstawić, lecz nie zdążył.

-Hej Włodźku, co tam?! Nie mogłam się dodzwonić a przecież za kwadrans mamy randewu u jubilera. Spisałeś te listy wartości, które ksiądz kazał przynieść na dzisiejsze zajęcia? – odwróciła się, że niby nie zauważyła pań do teraz. – O hej, Kasia jestem. A ty jesteś Heja, tak? Poznaję po chustce. – Błysk wredny i błaznowaty w oku Kasi zdecydowanie poruszył parę strun w hayetowych nerwach, ale przywykła do dzikich spojrzeń, choć takowego sobie nie przypomina z nalotem zazdrości,  którą ewidentnie Kasia emanowała wszem i wobec. Kobieta dobrze po czterdziestce, z lekko natapirowanym tlenionym włosem wyciągnęła dłoń chudziutką i żylastą z doskonałym manicuirem w odcieniu quinacridone.

-Hayet. Miło mi panią poznać.

-Ja jestem Dorota, mama Hayet. Dobrze w końcu dołożyć twarz do osoby – pani Dorota powiedziała uszczypliwie, bo faktycznie od jakiegoś czasu aż uszy bolały tak wszyscy spekulowali na temat tejże Kasi i jak to się stało, że taką partię sobie wyłowiła.

Podchodzi kelner i kiwał głową na pana komendanta.

- Przepraszam bardzo – powiedział z ulgą Władziu i zniknął za kotarą obok baru.

-My też już musimy iść – rzuciła pani Dorota biorąc Hayet pod ramię i ciągnąc w stronę wyjścia. – Przypomniałam sobie, że przecież muszę iść do fryzjera przed piątkiem i zapomniałam zarezerwować sobie miejsce u pani Tereski. Machając na pożegnanie żylastej gazeli dodała – Jeszcze raz gratulujemy i życzymy pomyślności.

Gdy już były przy samochodzie mama Hayet uśmiechała się, ale wstrzymała komentarze na parę minut. Dopiero gdy Hayet zapaliła silnik a czarny Quashqai śmignął pod oknami restauracji, pani Dorota wybuchła śmiechem i zapodała Hayet pełną gamę plotek, które od dawna krążyły po sąsiedzku na temat narzeczonej komendanta. Gdy temat się wyczerpał, wróciła do snucia fantazji na temat zbliżającej się podróży. Hayet milczała i tylko delikatnie przytakiwała całkiem zanużona w zamyśleniu.

- I to było tego popołudnia, a teraz taka pora i ten telefon...- myślała Hayet zaniepokojona i jak zawsze, nie pomyliła się i tym razem...

-Halo. Dobry wieczór. Przepraszam, bo nie miałem okazji się pożegnać, a teraz to. Słuchaj, potrzebuję Ciebie.

-U. Słuchaj Władko, naprawdę fajnie było cię zobaczyć i równy z ciebie gość, ale coś ci się pomyliło –

-Nie! Na miłość boską – słychać było przez słuchawkę jak cały czerwienieje jak burak – Nie o to chodzi! Znaleziono coś i po pierwsze, brakuje mi ludzi na komendzie bo akurat tak wyszło, że wszyscy wzięli urlopy w tym samym czasie, a po drugie to, to chyba muzułmanka i nikt tutejszy, to znaczy jakaś taka obca i do tego stara, to znaczy staruszka jakaś.

- Nie rozumiem. – nie szczególnie miała ochotę i pomyślała że jak uda głupią to może to coś zmieni na jej korzyść.

Słuchaj, tylko to jest ściśle tajne i broń Boże ani słowa twojej mamie! Znaleziono zwłoki starszej kobiety przy fosie, niedaleko placu Wolności. To może muzułmanka być. Nie wiem, może z twoich kręgów, więc mogłabyś pomóc. Na to liczę. I jeszcze raz przepraszam. Czekam. Radiowóz po ciebie wysłałem i powinien być za parę minut pod drzwiami.

Słychać już było tylko jak ktoś podbiegł do niego i krzyknął – Co z tym robimy, panie Komendancie? – i rozmowa urwała się.

Hayet bardzo chciała się rozzłościć. Stała w szlafroku, jeszcze ze słuchawką, którą powoli odkładała. Dzieci już spały a mama znów coś wspominała o rejsie, że Hayet przeszło przez myśl, że aby już więcej tego nie słuchać sama mogłaby podrzucić te zwłoki, żeby tylko mieć wymówkę, aby wyrwać się z domu. Pięć minut póżniej stała już ubrana w drzwiach.



Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.

Część 2.


Noc mieniła się odcieniami zieleni pod ogromnym, soczystm księżycem. Bez latarek i latarni możnaby się obejść, bo płaszczyzny błyszczały dziko pod wielkim, żóltym okiem. Pozwalało to na względnie obfite oględziny gołym okiem, co Hayet czyniłą z przyjemnością. Nawet w najmniej przyjemnych z okoliczności, uwielbiała swój zawód. Jak to się rzadko zdarza, nigdy nie wątpiłą, że właśnie ta praca była jej pisana, niemal spita z mlekiem. Na studiach często zaskakiwała nawet profesorów niekonwencjonalnymi metodami dedukcji i ta unikalna smykałka, gdzie szukać tropów i jak analizować dowody.

Gdyby nie to, że pewnego razu, dawno temu, obiecała siostrzeńcowi, z okazji komunii, wycieczkę do Disneylandu, na pewno byłaby tam, gdzie Władzio, a może daleko wyżej.

Przebywając z siostrzeńcem w jednym z paryskich hoteli, niemal dwie dekady temu, napotkała w windzie pewnego mężczyznę. Mieszkali na tym samym piętrze i akurat opuszczali hotel w podobnych porach, więc wszystkie śniadania jadali razem. To Hayet siostrzeniec zaprosił go do ich stolika. Ona całkiem skradła mu serce, a już gdy dowiedział się, że jest policjantką, nie mógł doczekać się, aby poinformować swoją mamusię i tatusia i rodzeństwo, że żeni się z polską policjantką. Mężczyzna ten, jak nasze prababcie mawiały, możnaby rzec, wziął Hayet w jasr. Skromny szczegół, że zamieszkiwali inne kraje – Ba! – strefy czasowe – bo on wówczas był na półrocznym kontrakcie w Australii. Po powrocie z krainy bajek i krasnali, ku konsternacji wszystkich domowników, Hayet wisiała na słuchawce o porach wręcz kryminalnych, a on chadzał na spotkania z kontrachentami ze ślipiami podkrążonymi, jakby nocą kopał tunel łyżeczką do kawy.

Ich długodystansowe narzeczeństwo trwało rok i trzy dni. Hayet złożyła wymówienie w pracy i w rodzinie. Nikt nie mógł zrozumieć, co ona do cholery będzie robić w tej Ankarze. Chodziło co prawda o Algerię, z której pan młody pochodził i gdzie obecnie pani Djellouli mieszkała, ale jak zwał tak zwał. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że to gdzieś daleko, gdzieś całkiem obco i chyba postradała zmysły dziewucha. Trudno. I tak toczył się światek. Oczywiście, plotki krążyły i cichły, aż parę lat temu Hayet zaczęła przyjeżdżać na wakacje z synami i czasem z mężem też. Plotki budziły się do życia i potem znów opadały. Tym razem na pewno – pomyślała Hayet – motor będzie długo ciepły i na pełnych obrotach – uśmiechając się do siebie mimowolnie.

Jak na trupa w krzakach, faktycznie, komendant miał ekipę szczątkową. Na czatach stał jeden młody policjant, jak łodyga, rozglądał się i poruszał trochę nerwowo, bo to był jego pierwszy trup i to nie byle jaki. Za nim plecy komendanta. Młody szturchnął go. Hayet podeszła.

- Panie komendancie – młody zakaszlnął ostentacyjnie, aby zwrócić uwagę zwierzchnika.

-Hej! Ewka! – ten jazgotliwy kobiecy głos Hayet by poznała nawet w ostatnim stadium demencji. Kobieta w mundurze rzuciła do połowy wypalonego papierosa i na widok Hayet klasnęła w dłonie lekko skręcając tułów w talii. To koleżanka Hayet ze szkoły policyjnej.

- Przecież po studiach wzięli cię do Warszawy, Kryśka, a ty tutaj!? – powiedziała Hayet a komendant Browczyk stuknął ją w stopę. Krysia jakby nie usłyszała tych słów.

 - Jak boniedydy! To! To przecież Ewa Kozłowska we własnej osobie! – zwróciła się do Hayet jej dawnym imieniem.

- Kryśka, teraz jestem Djellouli. Teraz Djellouli i Hayet, a nie żadna Ewa. – Krysia przytakiwała pokornie głową - Już nie pamiętam, kiedy ktoś inaczej się do mnie zwrócił. – Krysia była wyraźnie lekko wzruszona spotkaniem, bo objęła Hayet i pocałowała w policzek. Lubiły się, choć Hayet nie przypominała sobie, aby aż tak się lubiły. Ale wtedy wyczuła swąd alkoholu, a twarz Ewy oblana światłem z bliska i jakieś udręczenie na niej widoczne sprawiło, że się Hayet o krok cofnęła i lekko wzdrygłą, czego Krysia na szczęście nie spostrzegła. Hayet spojrzała na komendanta z niedowierzeniem, ale ten tylko potrząsnął ramionami skrępowany.

- Później ci opowiem – szepnął Hayet ze smutkiem i zażenowaniem i od razu wyprostował się, aby podsumować sytuację jak najszybciej. Chciał bardzo mieć akta tej sprawy już zamknięte na swoim biurku.

- Podsumowując – powiedział – o dziewiętnastej czterdzieści pięć dostaliśmy zgłoszenie od dozorcy szkoły – pokazał palcem na budynek po drugiej stronie parku, na prawo, że pani Krotke wychodząc z psem natknęła się na nogę. Pies nogę ugryzł, ale bez efektu. Wziął ją więc i przyniósł pani Krotke, gubiąc przy tym buta. Pani Krotke krzyknęła, budząc tym dozorcę, który mieszka tu – komendant wskazał okno dozorcy, gdzie paliło się światło i gdzie była też twarz dozorcy, który pomachał im. Krysia odmachała. Komendant kontynuował - obok szkoły. Dozorca wtedy wyszedł, aby sprawdzić, co się stało. Znalazł panią Krotkę w szoku i z nogą. Trzęsła się, pani Krotke, bo noga pozostawała w śmiertenym bezruchu.

- Gdzie ona teraz jest? – Hayet zapytała. Cała trójka spojrzała się na nią.

- Pani Krotke czy noga ofiary? – spytał nieśmiale młody policjant.

- I ta i ta.

- Noga jest na komendzie, a pani Krotke jest u siebie. Nie nadawała się do niczego. Obiecała rano zjawić się u nas.

- A właścicielka zagubionej kończyny jest? – zapytała inspektor Djellouli powoli zaczynając żałować, że dała się w to wciągnąć. Gdy patrzyła na te trzy twarze lśniące odcieniami przedpółnocnej zieleni, czuła jak entuzjazm gaśnie w synapsach.  

Komendant skinął głową i wyciągając prawe ramię wskazał na kępę niskich krzaków oddaloną o parę kroków.

- Wciąż jeszcze czekamy na gościa od badania zwłok – rzuciła Krysia wyciągając kolejnego papierosa. Uśmiała się cynicznie, mówiąc – był akurat u teściów na obiadku i zarzekał się, że nie może wcześniej się wyrwać, ale powinien się tu zjawić za kwadrans.

- Serio? – jeszcze tak wysoko unieść brwi podczas służby nigdy sie nie przytrafiło, a nie była nawet pewna na kogo spojrzeć i czy przeważało współczucie czy rozczarowanie.

Koroner, faktycznie zjawił się w przeciągu kwadransu. Mężczyzna koło trzydziestki, bardzo niski, z bujną czupryną brązowych włosów. Miał na nosie okulary o dużych okrągłych soczewkach w grubej, ciemnogranatowej plastikowej ramie. Pod nosem miał burgundową muszkę, z którą ostro walczył zarazem składając komendantowi wstępny raport z oględzin. Próbował ją poluzować lub całkiem zdjąć, ale z marnym efektem.

- Cholera! Jak ona to zawiązała? – szarpał ręką a im więcej szarpał, tym muszka się zaciskała bardziej i bardziej, aż Krysia wyjęła scyzoryk i jednym ciachnięciem przywróciła mu wolność a muszka spadła na ziemię. – Dziękuję Krysiu. Jestem ci dozgonnie wdzięczny. Dobrze. – odetchnął z ulgą. – Tak więc ciało leży tu od niedawna ale najpewniej życie umknęło zeń trochę może jakby o poranku albo wczorajszej nocy i zostało tu wrzucone. Ciało należy do kobiety w wieku miedzy sześćdziesiąt pięć a siedemdziesiąt o etniczności obcej. Dokumentów nie ma więc nie wiem skąd jest. Wygląda na Arabkę. Na głowie ma chustkę, a na twarzy widnieje kilka tatuaży. Jak patrzyłem w internecie to są w typie berberyjskich, co czyniłoby z tej staruszki Berberkę.

- Czy wiesz, jak zmarła?

- Jest na głowie obrażenie ale nie jestem pewien na sto procent czy to to. – Koroner podrapał się po głowie. – Tak w ogóle to Maciek jestem. – Przedstawił się i podał rękę Krysi a do Hayet skłonił się lekko. – Jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać.

- A co z nogą? – komendant zapytał rozglądając się czy nikt się nie kręci po okolicy.

- A więc po opuszkach palcy zakładam, że ofiara miała cukrzycę. Całkiem możliwe, że w związku z tym miała amputowaną nogę. Proteza, którą pies pani Krotke tak się zainteresował, mogła zgubić się, kiedy zwłoki były przenoszone.

Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.




Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.

Część 3.


Inspektor Hayet Djellouli wróciła do domu, gdy domownicy akurat zabierali się do śniadania. Zamilkli, gdy pojawiła się w progu. Tylko pomachała, wzięła kajzerkę z serem pod pachę i zniknęła w sypialni. Położyła się z bułką do łóżka i nakryła kocem, żując już w półśnie. Miała przed oczami ciało wiekowe, ubrane w długą, ciemnogranatową sukienkę zapinaną pokaźnymi guzikami z przodu. Lewa i jedyna dostępna noga denatki posiadała stopę pokrytą grubą, wełnianą, bordową skarpetą w kratę. Jedna z sióstr mamy, która miała cukrzycę, nosiła taką skarpetę. Gdy Hayet miała dziesięć lat to mama zaciągnęła ją do szpitala w odwiedziny do niej. Miała paskudną gangrenę wtedy już zaawansowaną na tyle, że na drugą wizytę ciotka już była bez nogi a trzeciej wizyty już nie było. Była po drugiej stronie Styxu i tam dołączyła do niej stara Jane Doe z płockiego lasku. 


Hayet była już w połowie kajzerki, a może to był tylko sen. Żucie odbywało się jak w zwolnionym tępie. Za każdym razem, gdy przymykała powieki, pojawiała się ta kuśtykająca denatka, zagubiona, martwa muzułmanka. 

Biedna staruszka – pomyślała inspektor Djellouli zarazem delektując się smakiem polskiego sera i masła. Na skroni staruszki było troszkę zaschniętej, ciemnej krwi. Jej oliwkowa cera wraz z czarnymi wytatuowanymi na brodzie i czole symbolami błyszczała. Mimo paru zmarszczek, gdyby nie ta śmiertelna bladość, ta hemoglobina pod skórą zatrzymana i beztlenowa, staruszka uchodziłaby za okaz zdrowia. Z głową wciśniętą coraz głębiej w poduszkę Hayet zamykała oczy, krzywiąc się, gdyż ogarniał ją mimowolnie smutek. Pomyślała o Krysi - Co też się jej stało w tej cholernej Warszawie. Koniecznie musi podpytać tatę, bo on chadzał na ryby z jej wujkiem.


Nie przez te berberskie tatuaże czy przez chustkę, która po muzułmańsku okrywała jej głowę, tylko coś w jej postaci emanującego samotnością, takie niepogodzenie z miejscem, z klimatem, z ziemią na której nieruchomo leży były świadectwem jej osobliwości. Hayet uchyliła powieki. Irytowało ją światło przebijające spomiędzy niedosuniętych zasłon. Nie chciała się poruszyć ani o milimetr. Pomyślała, że może wszystkie martwe ciała sprawiały takie właśnie wrażenie niepogodzenia z miejscem, w którym przyszło im spocząć po raz ostatni. Przypomina jej się babcia Marysia i jej trumna otwarta na oścież, a wujek Wiesiek nachylał się raz po raz w stronę sąsiada Krzywoustego i szeptali coś o spadku po dziadku. Miała tylko trzynaście lat, gdy babci zabrakło. Może śmierć już taka jest, irytująca i nigdy nie na miejscu – pomyślała w półśnie.


W ramionach Morfeusza tak się pogubiła, że dopiero o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt osiem wyrwała się znów do świata żywych. Nie mogła dać wiary cyfrom na ekranie telefonu. Pocierała oczy. Telefon brzęczał jak opętany. Bolała ją głowa. Do tego siedem nieodebranych połączeń.


- Salam Nadia, jak się masz? – Pierwsze nieodebrane połączenie, na które Hayet zdecydowała się odpowiedzieć należało do podwładnej Hayet – mam nadzieję, że nie oddzwaniam za późno?


- Nic nie szkodzi, pani inspektor. U nas dobrze, dzięki Bogu. A u pani, czy rodzina ma się dobrze?  – odpowiedział spokojny kobiecy głos zza którego słychać było zwykłą ciszę wieczorną komendy – Więc mam parę interesujących i dosyć pewnych informacji.


- Tu wszystko gra, prócz tych zwłok. Bardzo jestem ciekawa, czego się dowiedziałaś. 


- Mianowicie tatuaże pochodzą z południowego Maroka, skąd zapewne przyjechała do Bolandii, to znaczy do Polski, ta kobieta. Zadzwoniłam do znajomej policjantki w Marrakeszu i poprosiłam, aby sprawdziła, czy nikt nie szuka starszej berberyjskiej diabetyczki. Ma się do mnie odezwać, jeśli czegoś więcej się dowiedzą. Natomiast wspomniała mi o bardzo interesującej sprawie, którą właśnie zajmuje się od jakiegoś czasu. Chodzi o małego chłopca, którego rodzice są poszukiwani, a jego matka najprawdopodobniej jest gdzieś z Europy Wschodniej, możliwe, że z Polski. Jutro sprawdzi i mi potwierdzi szczegóły. Facet, to znaczy ojciec chłopaka został ubity, ponoć niechcący, przez tamtejszą policję. Był ścigany za parę napadów i fałszerstwa. Kobieta była jego wspólniczką. Prowadzili razem agencję nieruchomości i poszukują jej w związku z jakimś grubszym oszustwem.


- Naprawdę Nadia, jesteś złota! – odparła Hayet nie całkiem jeszcze na nogach. Energicznie notowała na jakimś skrawku papieru, który znalazła przy łóżku, informacje przekazywane przez koleżankę.


- Szef się pyta, jak wakacje, ale chyba nie będę go wprowadzać za bardzo w szczegóły, bo się uśmieje, że nie potrafisz się obejść bez kłopotów. – Zarechotała rubasznie i rozłączyła się. Z kuchni brzdęk  rozkładanych na stole talerzy przypomniał Hayet, że nic nie jadła. Próbowała przypomnieć sobie, ile rodzeństwa ma Nadia. Nigdy nie mogła spamiętać, tym bardziej że dziewczyna codziennie opowiadała to o ich kłótniach i sporach, to ślubach i wspólnych godzinach w kuchni na pieczeniu algierskich ciasteczek. Zapraszali ją już chyba z siedem razy na wesela podczas któych panna młoda przebiera się tradycyjnie przynajmniej siedem razy w ciągu wieczora. Chyba tylko Nadia wciąż pozostaje uparcie na wydaniu,


Gdy tylko wiosna się zaczyna, w Bordż, zdaje się, nikt nie śpi. Co noc głośna tradycyjna muzyka nie ustaje aż do wczesnych godzin porannych a co chwila sąsiadki chodzą od jednej do drugiej z talerzami łakoci i dań najrozmaitszych. Dudnienie bębnów o piątej nad ranem to nic za czym Hayet teraz mogłaby zatęsknić. Ale gdyby nie trwająca w Algierii rewolucja i te ciągłe aresztowania i przesłuchania, na pewno czulej myślałaby o powrocie do domu, bo to był właśnie jej d o m. Wyrwał ją z tych sentymentalizmów głośny dzwonek telefonu stacjonarnego. Trąbił tuż koło ucha, aż podskoczyła.


- Halo!? – wyrwało jej się trochę ostro.


- Hayet, na miłość boską! Co się dzieje? Co u pięciu diabłów?! Chcesz, żebym postradał resztę zmysłów!  - postanowiła dać mu parę chwil, żeby nabrał powietrza w płuca - Dzwonię i dzwonię, aż wybrałem numer twojej mamy, bo już z zamartwienia cały prawie osiwiałem. A ona mówi,  - Zadzwoń na stacjonarny. Może ją obudzisz.


Mąż Hayet przejętym głosem z lekką chrypką lamentował. Ona jakby widziała jego twarz i zastanawiała się, co powiedzieć, żeby się nie denerwował. Wytatułowana nieboszczka nie była w rozpisce wakacyjnych atrakcji.


- Kochanie. Wszystko gra. U ciebie jak?

- Jestem na lotnisku w Algierze– powiedział już spokojniejszy.

- Ach, to cudownie. Udało ci się dopiąć projekt?

- Jeszcze nie, ale zostawię to Mahmoudowi. Niech on się zajmie szczegółami, inszallah. Macie tam kuskusierkę?

- Czy to w związku z naszą rocznicą te umizgi? – Hayet zaśmiała się głośno.

- No nie wiem, ale twoja mama wspominała, że koniecznie muszę zabrać cię na romantyczną wyprawę, więc pomyślałem, że skoczymy do telepizzy przy Dzieci Warszawy zanim teściowie wybędą na Kubę. - Hayet parsknęła. Jej mąż dodał na zakończenie - Salam alejkum. Trzymaj się ciepło.

- Alejkum salam.

Już jedną nogą w łazience, telefon znów zaczął się trząść aż spadł ze stolika i trzasnął o podłogę. 

- Daj spokój już, Kaśka! Oszalałaś? Puść mnie! - głos mężczyzny był przejęty nie na żarty.

-Władek? Czy przypadkiem dzwonisz? Halo! Halo! - ale rozbrzmiewała pustka w słuchawce. 


Zapaliła po omacku światło i aż podskoczyła na widok podkrążonych oczu i potarganych włosów. Ale kobieta zna się na zaklęciach i po piętnastu minutach wyszła już dziarskim krokiem pomykając takim tempem, że pani Dorota nie zdążyła nawet otworzyć ust a auta już nie było na podjeździe. Hayet miała przeczucie, że coś jest bardzo nie tak. Zajechała pod dawny adres Ewy, gdzie miała nadzieję ją zastać. 


- Nie spodziewałam się Ciebie tutaj o tej porze - powiedziała Ewa trochę pogrążona w kłębach dymu. 

- Ty palisz marichuanę? Ocipiałaś Ewka kompletnie?

- To lecznicze. Mam raka dość zaawansowanego i tylko to mi pomaga, ale wejdź, usiądź, czy tylko wpadłaś na szybkie przesłuchanko?


Hayet stała jak wryta z buzią lekko uchyloną. Wsysała powietrze wpatrując się w koleżankę którą znała przecież sto lat. Teraz nie wiedziała, co powiedzieć. Przez chwilę zapomniała po co tu przyszła, i jedną nogą weszła i obróciła się na pięcie i była z powrotem na wycieraczce. 


- Czy to jakiś wasz muzułmański rytuał? - zapytała Ewa wesolo podrygując i zerkając na plecy Hayet która nie wiedziała co zrobić z ciałem.

- Widzisz bardzo mi przykro, kurczę, nie mogę uwierzyć i koniecznie muszę wejść i mi opowiesz ale teraz mamy pewną sytuację. zaprowadź mnie, gdzie mieszka teraz Brawczyk. Teraz. 


Ewa stała w szlafroku i kapciach, ale Hayet pociągnęła ją w stronę auta. Nie ma ani sekundy do stracenia pomyslala. Ewa wpisała adres w gps i dwadzieścia osiem minut później były na miejscu.



Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.

Część 4.


Brawczyk mieszkał w dwupiętrowej willi po rodzicach. Auta nie było w garażu, który zostawiono uchylony a światła były pogaszone, jednak obie kobiety były zgodne, że trzeba sprawdzić, co się stało. Przeszły przez płot. Główne drzwi były zamknięte ale przez garaż dostały się do środka. Gdzieniegdzie były ślady krwi a na górze ktoś postękiwał. W przedpokoju zaś były poprzewracane lampy iślady walki/ 

Kobiety wchodziły po schodach ostrożnie. Ewa lekko zachichotała

- Jeszcze mnie trzyma zioło. Sorry. - Wzruszyła niewinnie ramionami.


Hayet podniosła przez chustkę pistolet, który leżał na szczycie schodów.

-To Brawczyk - potwierdziła Ewa.


Obok pistoletu były na ścianie czerwone stróżki. 


- To nie lakier do paznokci - rzuciła Ewa spinając się jeszcze bardziej, co sprawiało, że mocniej chciało jej się śmiać.


Stękanie dochodziło z jednego z pokoi. Wszytkie drzwi były zamknięte. Kobiety skradały się, ale w końcu Hayet zawołała najspokojniej jak to było możliwe. 


- Tu Inspektor Djallouli. Jesteś otoczony i nie uda ci się stąd uciec. Poddaj się z rękami do góry, inaczej już po tobie, gnido. 


Stękanie na chwilę ustało ale zaraz słyszać było intensywne szuranie. Ewa otworzyła drzwi. Po podłodze czołgał się zakneblowany i związany Władek z rękami sklejonymi taśmą za plecami. Ramię i plecy miał zakrwawione. Ucieszył się na widok ratunku, choć brwi uniosły mu się, gdy zobaczył Ewy nieubranie. 


- Nie ma czasu na to - powiedziała Ewa machając na siebie ręką - co się stało? 

- To Kasia. Oszalała. Nie wiem co jej się stało ale to ona mi to zrobiłą i uciekła. 


Brawczyk szlochał teraz wniebogłosy całkiem roztrzęsiony. Ewa podała mu zmiętą chusteczkę która akurat znalazła w kieszeni swojego szlafroka w drobne tęczowe jdnorożce. Kilku policjantów, kótrzy niedawno dołączyli na miejsce zbrodni wpatrywali się w jej obiór jakby ich zahipnotyzowało. Pod szlafrokiem była koszulka z nadrukiem wielkiego wściekłego Pikaczu. Chłopcy szeptali między sobą gdy nie zabezpieczali dowodów. 


-Do wszystkich jednostek-ogłosiła Djellouli przez policyjne radio. Poszukiwana Ewa Brawczyk. Uzbrojona i niebezpieczna. Do wszystkich jednostek. Podejrzana o morderstwo.


-Ona bredziła jak w malignie, jak opętana. A zaczęło się w dniu gdy znaleźliśmy na naszej wycieraczce jakiś symbol usypany z białego proszku, to była kasza manna czy jakieś cholerstwo. Gdy Ewka to zobaczyła to prawie zemdlała i od tamtego dnia była jakaś inna. Oglądała się na wszystkie strony. Kiedyś, teraz to pamiętam, minęliśmy tę kobietę, niby przypadkiem, niby na nas wpadła niechcący. Ewka, myślałem, że dostaje wylewu, tak cała twarz jej się przewróciła tył na przód. I to była ta baba. Tak na nią spojrzała.


-że co? Że Ewka urwała jej łeb i rzuciła trupa w krzaki? Kobiecy temperament jest pełen zaskakujących meandrów ale bez przesady. Jedno mieć początki menopauzy a tu mamy do czynienia ze zbrodnią. 


-Zabrała swój paszport, prawda? Trzeba namierzyć jej telefon. 


Well Shake it o baby now-rozdudnił się dzwonek w telefonie Hayet w wykonaniu młodych Beatelsów-Twist n shout! - Halo? Tak Nabil, chwila. Nie rozumiem, co? Kto cię porwał? Szalona baba?! Co? Ki diabeł?!!!



Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.

Część 5.


Oczy podinspektor Djellouli przymknięte trochę jakby celowała z muszki w czerwone światła grożąc aby zmieniły się na zielone… Ale on juuuż-krzyknęła i akurat siup zielone i nadepnęła jeszcze mocniej na pedał gazu z diabolicznym uśmieszkiem w kąciku ust. Żeby mojego chłopa .. ta wywłoka próchno jedne zondulowane…


Rzucała sama do siebie takie słowa niczym opary dymu. Na gps bił czerwony punkcik i to była lokalizacja jego telefonu. Punkcik pojawiał sie i znikał na mapie gdzieś głęboko w podradzymińskich lasach. O tej porze roku dzień już niedługo się skończy. Ile baterii w telefonie. Ile kul w magazynku. Hayet robiła ekspresowy remanent i rezultat średnio jej pasował. W brzuchu burczało. Pingping to dźwięk wiadomości, nagranie głosowe i piskliwy głos paskudnej baby, którego Hayet zdała sobie sprawę nie mogła zdzierżyć jeszcze zanim okazało się że to gangsterska i morderczyni. Fakt że porwała w leśną otchłań ojca jej dzieci nijak tu pomaga w recepcji tych fal.


Gdy miniesz most nad rządzą to skręć w lewo a gdy dojedziesz do końca drogi i będziesz mieć okazałą polanę po lewej a ogrodzenie po prawej, gdzie u wrót stoją dwa krzaki jałowca a siatkę oplatają pnącza chmielu. Wejdź głębiej w las i idź jak gdyby po przekątnej aż trafisz na przełęcz. Tam znajdziesz swojego hrabiego habibi. Tylko się nie obijaj bo będzie z niego potrawka dla wilków. 


Hayet zmarszczyła brwi. Mama mówi żeby nie marszczyć czoła pomyślała i wyprostowała sie za kółkiem, bo będą zmarszczki, mówiła. Wzięła głębokich parę oddechów. Co mi po zmarszczkach trzy metry pod ziemią… Kapliczka z Maria w chustą zarzuconą na włosach i jej dłonie złożone do pacierza po lewej i skręcamy. Renault Scenic unosił się i opadał po krętej i wyboistej drodze przy której rosły regularnie rozmieszczone wierzby. Hayet przejechała po moście pod którym chlupała rzeka. Zapadał zmrok. Minęła grupkę młodych mężczyzn, którzy maszerowali w przeciwnym do jej kierunku trochę się zataczając i śmiejąc gromko. 


Ostatnie wstęgi gęstego zardzewiałego światła przebijały się przez polanę. Dzień znikał. Zostawiła auto i tez jej postać zniknęła pomiędzy wysokimi sosnami. Czuła miękki mech pod butem a gałęzie smyrgaly ją po twarzy. Na razie szła szybko gotowa w każdej chwili aby czujnie wyszukać wszelkie znaki obecności. Ten las miał w sobie zbyt dużo urwanych historii. Nie miała ochoty dzisiaj stać się jedną z nich.


Gdy oczy przyzwyczajają się do patrzenia w mrok w lesie dostrzegamy więcej niż byśmy chcieli i też pozostałe zmysły zaostrzają się i gdy gruba podmokła gałąź hukiem rozdarła ciszę pod butem podinspektor Djellouli, uszo naszej bohaterki naprężył się jak skoczek olimpijski walczący o złoto. Odruchowo padła na ziemię. Gdyby tego nie zrobiła to ktoś musiałby napisać o kuli która świsnęłaby na wysokości jej błyskotliwego uśmiechu,  


Dźizas Frekin Krajst Hayetka! - wrzasnęło babsko spowite w noc gdzieś w odległości kilku metrów od niej. Jolusia, ona była moją narzeczoną - babsko przedrzeźniało najwyraźniej wiadomo kogo. Mimo ewidentnej groźby zgonu jaki ta sytuacja jej prezentowała, na twarzy Joli pojawił się mimowolny grymas satysfakcji. Co za pedał - dodało paskudne babsko tym samym zmywając z twarzy przeciwniczki najmniejszy ślad współczucia dla tej wrednej, tlenionej bździągwy. Słychać było jak się zaciąga dymem i wzdycha ciężko. Kiedy ta durna moja teściowa tu się pojawiła, wiedziałam, że nie pozostawiła mi żadnego wyboru. Musiałam się jej pozbyć, ale żeby los sprawił, żebyś ty się akurat przywlokła to już, o Allahu, co za pstryk w nos. Gdyby nie ty, byłabym teraz na ślubnym kobiercu, a tymczasem spójrz na mnie. Biegam po lasach nocą jak zmora i jeszcze cudzego chłopa wlokę. A to był taki dobry manikiur, co mi zrobiła Dorotka na ceremonię.


Słychać było jak ta flądra zaczyna szlochać przeraźliwie a z rozpaczy znów idzie w furię, czupiradło jedne, przeszło Hayet przez myśl. 


-Gdzie jest mój Habibi! Ty potargana prukwo! - wyrywało się Hayet wbrew logice. Nie tego uczyli ją w szkole policyjnej w kontekście negocjowania o zakładników. Ale szkarada zamiast strzelić jej w łeb to zapaliła zapalniczkę od której odpaliła papierosa po czym rzuciła butelkę, która rozświetliła las na czerwono. Butelka spadła do głębokiego na parę metrów wąwozu, który objawił się za jej plecami i z hukiem uderzyła o coś co przypominało już spalony wcześniej wrak samochodu. 


-Tam jest ten twój habibi ty święta matko Joanno od aniołów! A teraz masz - i uniosła muszkę pistoletu aby wycelować w kobietę w czarnym hidżabie, który swoją droga cały był oblepiony pajęczynami, które błyszczały od światła płomieni. Ale nim zdążyła wystrzelić do niej, jak płaszcz nocy. coś rzuciło się na nią i powaliło tę cholerę.






Niezwykle Nietypowe Perypetie Inspektor Hayet Djellouli.

Część 6.


Hayet rozpędziła się, potknęła i zleciała w dół turlając się w piachu i obijając co jakiś czas o korzenie drzew wystające jak łokcie nieboszczyków z piasku i ziemi. Kryminalistka leżała plackiem obok niej i chyba była nieprzytomna, ewentualnie martwa. 

-Przepraszam ciebie Hayet za wszystko - Hayet słyszał głos czy szept Włodka, i chyba ją obejmował czy próbował pomóc wstać, ale że ona była też ogłuszona jeszcze to odruchowo zareagowała kopiąc tom niefortunnie celnie i w krocze, więc się zwinął w pół i zniknął jej z pola widzenia tak nagle jak się pojawił. Ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, tylko jak zahipnotyzowana patrzyła na płomienie. Ogrzewały jej twarz. Ciepło biło i skwierczało.  A ona studiowała czerwone języczki tańczące nad wrakiem zwęglonej karoserii, kiedy spomiędzy języczków, z drugiej strony wąwozu, coś się ruszało. Chwyciła za broń którą Brawczyk upuścił obok jej stóp. 


-Stój bo strzelam! Krzyknęła zarazem zbliżając się ale to był worek jakiś, chyba zakrwawiony. Moźe jej się wydawało, ale drygnęła to nogą. To coś było zakopane w piasku. Znów się poruszyło ale teraz energiczniej i gdy rozerwała taśmę która odklejała go z wielu stron to wtedy dopiero usłyszała postękiwania ale gdy zerwała mu taśmę z ust to pisknął jak jagnię w eid aladha. 


-Mój ty Hayat! Moje życie! a już myślałam że będę cię zawozić teściowej w pucharku!-powiedziala Nabilowi ścierając krew z jego czoła i rozwiązując go. Wtedy to ona by mnie o kaput.- przeleciała palcem po szyi ale Nabilowi nie bylo do śmiechu. 

Poczekaj aż opowiem to Nadii, będą mieli na komisariacie poźywkę dla wyobraźni na dobrych kilka lat…

























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz